HR jest często kojarzony z rozwojem. Rozwój, to nic innego, jak wychodzenie poza strefę komfortu. Robienie więcej, niż wydaje Ci się, że możesz zrobić, robienie rzeczy, które wydawały się niemożliwe. W przypadku Euro 2012 nie zrobiliśmy wszystkiego, ale na pewno więcej, niż udałoby się bez tego turnieju. Z perspektywy historii, nawet dla mnie, gdy mam 34 lata, to Euro w Polsce wydaje się nadal czymś z kart książek sci-fi (tak jak to, że mam bilety na mecz otwarcia, hihi ;)).
Wielu z nas wychowało się we wszechobecnym przekonaniu że się nie da, bo takie były czasy, jeszcze nie tak dawno wbrew pozorom. A jeśli nie czasy, to przekaz dookoła, w domu, w szkole, w mediach. Nie założyłbym się, że jesteśmy narodem z wysoką samooceną – zarówno na poziomie zbiorowości, jak i poszczególnych obywateli.
Pamiętam jak miałem 10 lat i mama wysłała mnie po 20 jajek do sklepu. Stałem 2 razy w długim ogonku, bo sprzedawali maksymalnie po 10 jednej osobie. Teraz wydaje się to nienormalne. Nikt wtedy nie myślał o Euro, nie mieliśmy nawet jednego normalnego stadionu. I wielu, naprawdę wielu innych (normalnych) rzeczy. Nie tylko wtedy, ale też nawet w roku 2000, jeśli ktoś powiedziałby mi, że zorganizujemy Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, to postukałbym się w czoło. To przecież niemożliwe. A jednak. Yes, we can. Dostrzegajmy pozytywy. A jak coś się nam nie podoba, próbujmy to zmienić. Można psioczyć na nasz hymn euro, a można go przerobić na taką perełkę jak poniżej. Enjoy.
p.s.
Jeszcze się nie zaczęło, a ja jestem cholernie dumny z tego że zaraz się zacznie – u nas. To naprawdę niesamowite.
Ben Casnocha to ex-przedsiębiorca-nastolatek i autor opisywanej przeze mnie tu jakiś czas temu świetnej książki My start-up life. Reid Hoffman to seryjny inwestor (m. in. Facebook, AirBnB, Zynga, PayPal), pomysłodawca, a przede wszystkim założyciel serwisu LinkedIn. Obaj panowie wydali właśnie książkę o karierze, sile społeczności, nowych czasach i starych prawdach.
Tytuł, The start-up of you, nawiązuje do poprzedniej, bestsellerowej książki Bena Casnochy oraz odzwierciedla myśl przewodnią książki:
przedsiębiorca jest w każdym z nas (czasem tylko o tym zapominamy).
Paradoksalnie, nie ma tu mowy o start-upach i prowadzeniu własnego biznesu, autorzy słusznie wskazują nawet, że większość z nas nie powinna brać się za zakładanie i prowadzenie firmy. Całość skoncentrowana jest za to na jednostce – nawet bardziej na pracowniku, który pracuje u (na) kogoś, niż na przedsiębiorcy. Idea siebie samego, jako marki nie jest nowa – zapoczątkował ją słynny artykuł Toma Petersa, The Brand Called You, którego główne przesłanie brzmiało: wyróżnij się.
Książka zbudowana jest na fundamencie aktualnych realiów pracy/kariery, czyli końca paradygmatów:
pracy dla jednego pracodawcy,
stabilności,
podróży w górę hierarchii.
To ten sam fundament, na których napisane zostały książki Setha Godina (Linchpin) oraz Penelope Trunk (Błyskotliwa kariera. Nowa zasady sukcesu). Odpowiedzią na ten stan rzeczy, jest bycie w permanentnym stanie beta. Tak jak start-up. Podstawą owego fundamentu jest posiadanie unikalnego zestawu kompetencji / sieci znajomych / działanie w konkretnej branży / własne niepowtarzalne doświadczenie. Innymi słowy, jeśli masz trudność w odpowiedzi na pytanie: „firma zatrudnia właśnie mnie, ponieważ…”, to być może masz problem, lub możesz go mieć w przyszłości.
Co ciekawe, bycie w stanie beta oznacza brak jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o to kim jestem / kim chciałabym być / co chciałabym robić w życiu. Tej odpowiedzi nie ma, jako że jest ona kreowana na bieżąco, krótko- i średnioterminowo w zależności od sytuacji. Zaskakująco sporo moich znajomych i znajomych znajomych w okresie studiów próbowało na to pytanie znaleźć jedną, jedyną odpowiedź. Fajnie, jeśli prowokuje to do szukania. Mniej fajnie, jeśli jest wymówką do bezczynności. Dodajmy do tego nasz narodowy charakterek – Polska jest krajem o niezwykle silnym stopniu unikania niepewności. Boimy się wszystkiego… zatem o taką niepewność „co dalej” jest nam naturalnie łatwiej… i naturalnie w większym stopniu szukać będziemy bezpieczeństwa – na co wskazują badania z cyklu czego szuka polski pracownik.
Książka wskazuje kilka fajnych trików, dotyczących odpowiedzi na tego typu pytania. Dla przykładu: przydatne do poszukiwań odpowiedzi na to co chciałabyś tak naprawdę robić jest rzut oka na… ostatnie 6-8 weekendów. Zapisz wszystkie większe aktywności z soboty i niedzieli. Być może tam jest wskazówka. (Gorzej, jeśli lista wygląda tak: Fifa 2012, Gotowe na wszystko, Finał Ligi Mistrzów, etc… ;)).
Kolejna ciekawa propozycja: rezerwuj czas i środki na działania przypadkowe (randomness) – czyli takie, których na co dzień nie robisz i które z pozoru wydają się zupełnie nie z Twojej działki. Czas, ale też środki – np. określoną kwotę, procent dochodu – np. po to aby móc pójść na konferencję spoza branży, czy inne interesujące wydarzenie (racja, konferencje są zwykle nudne). Pozwoli to na wyjście z pudełka codzienności oraz na poznanie nowych ludzi.
Właśnie w ramach działań przypadkowych, poszedłem kilka dni temu na galę wręczenia nagród konkursu House of Walkers Project. To konkurs, w którym na podstawie nadesłanych filmików obrazujących pomysł na biznes, wygrać można dofinansowanie dla start-upu. Dofinansowanie otrzymały dwie firmy: Qpony.pl oraz Daily SMS. Prowadzący galę wręczenia nagród mówili między innymi o pasji. To popularne ostatnio słowo, wypiera dawno już niemodne „kariera” (ble!) oraz permanentnie obecne „rozwój” (ble…). Teraz powinniśmy pracować z pasją, wtedy jest szansa na szybki rozwój i karierę ;). No dobra, nabijam się trochę, ale pasja na topie jest i już.
W porównaniu do moich czasów studenckich (najbardziej mnie teraz wkur%$# u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę…), w których dominowało słowo „kariera”, mamy teraz prawdziwy boom na przedsiębiorczość i zakładanie swoich firm. I bardzo dobrze.
Wracając do The start-up of you – jej plusem jest fakt, że nie jest poradnikiem (uff), oraz że została napisana przez notorycznych praktyków. W ogóle Hoffman to bardzo ciekawa osobowość – więcej w artykule Reid Hoffman – the network philosopher. Autorzy podają esencję kilku działań, które mogą pomóc w analizie miejsca w którym jesteś i do którego być może w niedługim czasie chciałabyś dojść. Często odnosi się to do siły relacji i budowanych połączeń z innymi ludźmi, też w kontekście narzędzi takich jak LinkedIn, pokazując ich zastosowanie głębsze, niż li tylko umieszczenie swojego profilu w sieci.
Jeśli nie masz czasu na przeczytanie całości, to obejrzyj trailer książki (poniżej), a na stronie publikacji, znajdziesz: materiały dodatkowe oraz piękne, 9-stronnicowe, ilustrowane streszczenie książki -zobacz ciekawą koncepcję planowania swojej kariery według metody ABZ (gdzie A – to plan w obszarze tego co robisz dzisiaj, B – to coś innego, ale wykorzystującego Twoje obecne kompetencje, a Z – to coś zupełnie z innej bajki). Z w/w strony polecam też poradnik o tym, jak wykorzystywać LinkedIn w sposób zaawansowany.
To dobra książka. Nieinwazyjna, a takie lubię. Różnica pomiędzy przedsiębiorcą a pracownikiem dotyczy przede wszystkim stopnia akceptacji ryzyka. W dużej mierze, dzięki strategii Start-up of you, to ryzyko, jako pracownik… minimalizujesz. Do przedsiębiorcy daleko. Ale nie zmienia to zupełnie faktu, że książka jest warta przeczytania, bo, jak mówi cytowany w książce założyciel Netflixa, Reed Hastings, „Most of the time, change in the world overtakes you”. Czyli, w wolnym tłumaczeniu: gdzie się nie obrócisz…
Pozytywnych przykładów w polskich mediach jak na lekarstwo. Zwłaszcza tych z zakresu zarządzania ludźmi. Tym bardziej cieszę się, gdy natrafiam na coś wartościowego i godnego uwagi. Jakiś czas temu pisałem o szefie zakładu komunikacji, który w wolnych chwilach wciela się w życie kontrolera biletów. Natomiast w zeszłym tygodniu trafiłem na jeszcze lepszy przykład, który pokazuje jak wiara w ludzi i powierzenie im odpowiedzialności nie tylko znacznie poprawawiło wyniki szpitala, ale i zwiększyło dostępność usług dla pacjentów.
Sam tekst znajdziecie tutaj, a ja skupię się na kilku zagadnieniach związanych z zarządzaniem.
Na początku naszej historii nowy dyrektor szpitala zerwał z niepisaną tradycją i zarządzanie sprawami administracyjnymi powierzył? pielęgniarkom. Prawdopodobnie doszedł do wniosku (jak się okazało po czasie – słusznego), że to właśnie one najlepiej wiedzą, na co dokładnie wydawane są każdego roku kwoty idące w dziesiątki milionów złotych. Do tej pory tradycyjnie zajmowali się tym lekarze. Punkty za odwagę i nieszablonowość. Następnie, gdy pojawiły się konflikty interesów między nowymi szefowymi administracji a ich koleżankami-pielęgniarkami, zdecydował o zupełnym rozdzieleniu funkcji – nowe szefowe przestały zajmować się dawnymi obowiązkami i były rozliczane już tylko z administracji.
Wiele z ex-pielęgniarek po otrzymaniu nowej roli zapisało się na kursy zarządzania. To świetne świadectwo ich zaangażowaniu oraz przyznania się do tego, że odrobina wiedzy teoretycznej nie zaszkodzi w nowej roli. Plus dla nich, bo nie każdemu łatwo przyznać się do braku widzy.
W ich pracy widać dowody na to, że w działalności szpitala na większą skalę pojawia się rachunek ekonomiczny. Np. liczenie opłacalności zakupu nowego sprzętu medycznego trudno mi sobie wyobrazić, gdyby decyzję podejmowała osoba mająca tego sprzętu używać.
Dodatkowo dzięki przeorganizowaniu procesów szpital może wykonać zabiegi dla większej ilości pacjentów niż do tej pory. Wystarczył taki prosty zabieg. A dzięki koordynacji zakupów między różnymi klinikami szpital uzyskuje kolejne oszczędności. W sumie to ponad 10 mln zł w stosunku do poprzedniego roku. Naprawdę nieźle!
źródło obrazka: sxc.hu
A co na to lekarze? Wygląda na to, że zadowoleni, bo mogą się skupić na tym, na czym znają się najlepiej – czyli na leczeniu pacjentów, a nie na papierkowej robocie.
Podsumowując, Gazeta opisała bardzo dobry przykład zarządzania, w którym teoria jest potwierdzana przez praktykę, a dodatkowo są wymierne efekty finansowe. Ludzie, którym dano nową, ważną rolę, poważnie podchodzą do tematu, są bardziej zmotywowani i spełniają pokładane w nich nadzieje. W efekcie wszyscy są zadowoleni z poprawy w tak trudnym środowisku jak publiczna służba zdrowia. Da się? Da się!
Mam nadzieję, że po lekcje do bydgoskiego szpitala wybiorą się inni zarządzający zadłużonymi, generującymi olbrzymie koszty placówkami z kraju. Dla naszego wspólnego dobra. I dodatkowo podziękowania dla pani redaktor z Wyborczej – oby więcej pozytywnych przykładów w gazecie.
Po raz trzeci napisałem zadanie na konkurs Grasz o Staż. To świetna inicjatywa i doskonały konkurs, zarówno dla chętnych na praktyki, jak i dla firm. Nie ma nic lepszego, niż popróbowanie się wzajemnie, zanim zdecydujesz się na dłuższy związek z pracodawcą. Grasz o Staż, dzięki formie rozwiązywania przygotowanych wcześniej przez firmy zadań, pozwala, od strony pracodawcy, sprawdzić sposób myślenia potencjalnych praktykantów; konkurs sam w sobie jest doskonałym źródłem pozyskiwania ciekawych pracowników. Od strony kandydatów – jeśli dostaniesz się do firmy na staż, możesz zobaczyć, czy dana firma współgra z Twoimi wartościami i ogólnym odczuciem co do miejsca, w którym prawdopodobnie będziesz spędzać więcej czasu niż gdziekolwiek indziej. Możesz sprawdzić, przez 1-2-3 miesiące stażu, czy odpowiada Ci kultura organizacyjna firmy i czy zarząd i menedżerowie mówią ludzkim głosem, czy też np. próbują podnieść Twoje zaangażowanie e-mailem.
W tym roku napisałem zadanie właśnie o zaangażowaniu (pełny do obejrzenia tutaj). Wydało mi się trudne – gdy je pisałem. Patrząc po ilości odpowiedzi, jakie dostałem – jest chyba banalne: ponad 800 stron prac w MS Word oraz w MS Power Point. Słownie: osiem, zero, zero. Przygotowałem zatem łatwe zadanie, jeśli tyle osób uznało, że warto na nie odpowiedzieć. Mój przyjaciel z firmy, który napisał zadanie ze strategii dostał 7 (siedem) odpowiedzi. To dopiero było trudne zadanie.
Ale jednak niezupełnie. Nie napisałem łatwego zadania. Zadanie jest tylko pozornie łatwe. Prac bardzo dobrych jest mniej więcej siedem. Tyle ile wszystkich prac z obszaru strategii. Po przejrzeniu 800 stron wyników, dochodzę do wylistowanych poniżej, subiektywnych wniosków. Jeśli zastanawiasz się nad wzięciem udziału w GoS w przyszłym roku – to jest to prawdopodobnie dobry pomysł. Proszę, zaoszczędź czasu czytającym i przeczytaj moje przemyślenia poniżej. Zadanie konkursowe, nawet jeśli ma potencjalnie kuszące prostotą hasła (szkolenia, zaangażowanie, firma szkoleniowa), może być naprawdę trudne. Oto zatem garść subiektywnych podpowiedzi.
Wskazówki techniczne – mniej istotne, tym bardziej nie warto tu robić błędów
Jeśli masz do wyboru Worda albo Power Pointa – wybierz wersję PPT. Wiele zadań pozwala na dowolność formy – lity tekst, albo prezentacja. Wybierz prezentację. Jest łatwiejsza w odbiorze i bardziej przejrzysta. Daje także większe możliwości co do grafiki oraz prezentacji procesów myślowych. Ja wybrałem dwie dozwolone formy, dobrych prac jest po połowie – z Worda i PowerPointa. Łatwiej jednak było poznawać prace w formie prezentacji.
Umieszczaj zdjęcia / schematy / rysunki / grafy. Mogą one dać oddech i dodatkowy wymiar pracy, sprawiając, że będzie się ją czytać łatwiej, że będzie bardziej przejrzysta. Ale uwaga… niech te zdjęcia mają dobrą rozdzielczość. Mniej więcej połowa tych, które widziałem nie ma.
Layout prezentacji ma znaczenie. Głównie negatywne – tj. jeśli jest przejrzysty i przyjazny, to czytając pracę o nim nie myślisz. Jeśli zwracasz na niego uwagę, to zwykle oznacza, że coś jest nie tak. Wśród wszystkich prac zadziwiająco dużo miało layouty-koszmarki, które utrudniały czytanie. Niektóre to np. rozpikselowane zdjęcie w tle (na każdej stronie takie samo), lub kontrastowy trójkąt biegnący przez połowę strony.
Sprawdź pisownię. W MS Office służy do tego klawisz F7 i nie zajmuje to wiele czasu, a literówki wyglądają głupio.
Wskazówki merytoryczne – bardziej istotne
Po pierwsze primo: przeczytaj zadanie, na które chcesz odpowiedzieć. Gdy skończysz – przeczytaj raz jeszcze. A gdy skończysz drugie czytanie – zrób sobie przerwę, a potem przeczytaj jeszcze raz. Istnieje szansa, że autor zadania umieścił w nim wskazówki dotyczące kierunków odpowiedzi. Istnieje także szansa, że warto odpowiadać na pytania, które są w zadaniu. Naprawdę. Jeśli np. w swoim zadaniu pytam o to, jakich działań w sytuacji podnoszenia zaangażowania pracowników w firmie nie warto podejmować – to możesz wspomnieć o tym w swojej pracy. Jeśli w treści zadania piszę, że pracownicy opisywanej firmy są znudzeni szkoleniami, a Ty w swojej propozycji pracy piszesz, że chcesz podnieść zaangażowanie głównie szkoleniem integracyjnym – to ja nie rozumiem.
Podawaj źródła. Nie jest wstydem powoływać się na innych. Pisząc Zespoły po polsku, sporą część naszych spostrzeżeń odnosiliśmy do modelu kultury folwarcznej, zaproponowanego i propagowanego przez prof. J. Hryniewicza. Nie udawaliśmy, że to nasz pomysł, co wcale nie umniejszało siły przekazu. Powoływanie się na modele i koncepcje bez źródeł rodzi znak zapytania po kątem tego, co wymyśliłaś sama w pracy, co jest rozwinięciem myśli innych, a co wreszcie swoją własną twórczością.
Nie bądź zbyt ogólna. Nie bądź zbyt szczegółowa. W najlepszych pracach znalazłem balans pomiędzy ogółem a szczegółem, co dotyczy także mieszanki teorii i praktyki. Warto jest w pracy pokazać konkretne opcje rozwiązań sytuacji – jeśli jednak poświęcisz całe 20 stron prezentacji na opis jednego z możliwych pomysłów – (jak np. rzeczony wyjazd integracyjny), to nie dajesz szans na dostrzeżenie Twojego procesu myślenia i łączenia faktów – przynajmniej w szerszej perspektywie. Wiele zadań GoS jest na tyle ogólna, że daje pole do popisu wykazania się szeroką paletą rozwiązań. Pójście w szczegół odbiera te możliwości.
Najczęściej zadania z obszaru HR i ogólno-biznesowe nie mają jednej, właściwej odpowiedzi. O ile przypadek opisany w tekście zadania jest bliski rzeczywistości, o tyle już interwencji, których można zastosować jest bez liku. W odpowiedziach na to konkretne zadania, szukałem przede wszystkim:
rozumienia sytuacji i rozumienia biznesu. Zastosowanie w sytuacji spadku zaangażowania 20 rodzajów interwencji nie będzie pewno możliwe – nie starczy środków, czasu, energii a przede wszystkim – kto z Was jeśli ma zapalenie oskrzeli, aplikuje sobie 5 antybiotyków na raz? ;)
pokazania potencjalnego projektu, jako procesu – co pomaga zobaczyć sposób myślenia kandydata i co wiąże się ze…
…wskazywaniem praktycznych działań, możliwych do realizacji. Teoria zaangażowania to bardzo ciekawa nauka. Jednak – od samej teorii zaangażowanie nie wzrośnie, nawet jeśli teoria jest najlepsza.
myślenia systemowego – przejawiającego się głównie w propozycji rozwiązań wykraczających poza wyjazd integracyjny, podwyżki i przemalowanie ścian na inny kolor. Tu ważne są przede wszystkim działania dotyczące systemów działających w firmie (przede wszystkim systemów motywacyjnych) oraz działania nakierowane na kompetencje menedżerów – bo jak mówi stara prawda, ludzie przychodzą do firm, a odchodzą od przełożonych.
w przypadku możliwych proponowania interwencji i propozycji rozwiązań, kluczowy jest etap diagnozy i analizy sytuacji, która wykracza poza to, co jest napisane w zadaniu (i co czasem w realnym życiu mówi Ci klient). Mniej więcej 1/5 prac zawierała w sobie element diagnozy sytuacji. W tym wypadku jest to duży plus.
Wybranie kilku osób, które zostaną zaproszone na spotkanie nie było trudne. Wymagało jedynie czasu. Wśród tak dużej ilości prac zdarzają się prace doskonałe, które wybijają się z tłumu. Pokazują przede wszystkim rozumienie biznesu i procesów zachodzących w firmie, mają równowagę pomiędzy ogólnością a detalami i są mocno nastawione na praktykę. Mają także coś jeszcze – co trudno opisać. Błysk. Dobrze jest proponować ciekawą formę, nietuzinkowe pomysły, zadając sobie pytanie o odbiorcę danego zadania – o firmę i branżę, w której pracuje. Granica między genialnością a szaleństwem jest jednak bardzo cienka i warto o tym pamiętać.
Jeśli macie jakieś przemyślenia, wnioski, braliście udział w GoS jako uczestnicy, albo autorzy zadań – zapraszam do komentowania.
Obejrzyj dowolny film sprzed 50, czy nawet 20 lat. Na przykład znany western, Dobry, zły i brzydki, z roku 1966. Akcja dzieje się jakby wolniej. Ujęcia są dłuższe. Jest spora szansa, na to, że film sprzed kilku dziesięcioleci nie przypomina teledysku. Dzisiaj jest jakby szybciej – zarówno sceny, jak i akcja jest bardziej wartka. Podobnie jest z telewizją – włącz TV… często jest sieczka – więc najlepiej go wyłącz.
Nie jest łatwo utrzymać uwagę przez dłuższy czas. Nie tylko na filmach, ale też w wielu innych aspektach codziennego funkcjonowania. Pracodawcom jest coraz trudniej wysłać na 2-dniowe szkolenie swoich ludzi.Trendy wskazują, że coraz częściej poszukuje się rozwiązań, które opisać można słowami: szybciej, krócej, (taniej). Popularny staje się nano-learning, dotyczacy już nie tylko form e-learningowych, ale też nawet szkoleń w klasie. Spotkajmy się na jeden dzień, albo lepiej na kilka godzin i rozwiążmy nasze problemy. Chodźmy na skróty, bo nie ma czasu. Bo trudniej wysiedzieć i się skoncentrować.
Pozostawiając nano-learning w spokoju, całym tym wstępem nawiązuję do zjawiska braku koncentracji, czy też, inaczej to ujmując – nieumiejętności koncentracji na jednym zadaniu przez dłużej niż chwilę. Siedząc przed komputerem mam świat na wyciągnięcie ręki. To wyciągnięcie ręki trwa jednak zazwyczaj krótko, bo zaraz zmieniam to, co robię, oglądam i szukam czegoś nowego. Otwarta przeglądarka z: Facebookiem, wiadomościami, prywatną pocztą, wynikami meczów na żywo – jednocześnie, nie jest niczym dziwnym. Dodaj do tego wyskakujące powiadomienia poczty, komunikator, Twittera. Kociokwik? E tam, zwykły pulpit niejednego z nas. Ciągłe zmiany dostarczają bodźców, ale też pozwalają umilić (odroczyć…) trudne / nielubiane / duże zadania.
Wydaje mi się, że większość z nas czuje (przynajmniej czasami ;)), że świat nas przerasta. A jednocześnie, każdy chce być efektywny. Koncentracja bywa tu pomocna. Jednak sami wcale jej nie pomagamy – choćby takim pulpitem, jak ten opisany powyżej. Warto spojrzeć co się dzieje gdy ciągle przełączamy się pomiędzy zadaniami. Mózg podejmuje decyzję o tym czym się zająć – i jest to proces wymagający energii i czasu; następnie koncentruje się na tym, co robisz. Każda przerwa i zmiana aktywności, tak częsta w robieniu wielu rzeczy na raz, czyli multitaskingu, powoduje przerwanie działania i powrót do pierwszej fazy podejmowania decyzji o tym, czym się zająć. Szerzej o tym procesie w artykule 8 things everybody ought to know about concentrating.
Multitasking wpływa silnie na obniżenie efektów wykonywanej pracy. Tony Schwartz mówi o wydłużaniu czasu realizacji zadań o średnio ok. 25%, wtedy gdy jednocześnie coś sprawdzasz i robisz inne rzeczy, choć, co może być zaskakujące, badania wspokazują, że na poziomie zarządu, multitasking może być skorelowany z dobrymi wynikami finansowymi firmy. W praktyce, wielu z nas żyje w stanie ciągłej gotowości do sprawdzania i przeglądania napływających informacji („emergency stan mode”), który z koncentracją ma na bakier.
Dobrą wiadomością w tym wszystkim jest to, że koncentracji możesz się nauczyć (choćby grając w Lumosity, praktykując medytację, czy w pierwszej kolejności ograniczając to, co przeszkadza i wyskakuje, wydaje dźwięki, etc.). Zła wiadomość – z wiekiem coraz wolniej przełączamy się pomiędzy różnymi zadaniami i coraz mocniej tkwimy w starych nawykach (np. robienia kilku rzeczy na raz) – trudniej jest nam się zmienić (ludzie się nie zmieniają – ale to inny wątek ;-)).
Wspomniany powyżej artykuł wskazuje na jeszcze jedną istotną rzecz. Koncentracja nie jest pochodną inteligencji, genów, pojemności pamięci. Jest bezpośrednim następstwem zainteresowania jakimś tematem. Zainteresowanie pochodzi zaś z nastawienia. Jeśli robiąc coś, jesteś do tego pozytywnie nastawiona, zaintrygowana i pasjonuje Cię to – prawie na pewno nie będziesz miała problemów z koncentracją. I przy okazji będziesz mieć szansę na odczucie stanu przepływu (flow), o którym świetnie pisze Mihaly Csikszentmihalyi (nazwisko czytaj: chick-sent-me-high ;-)) w swojej książce Przepływ.
W tym momencie powinienem napisać pewno o kilku technikach podnoszenia efektywności, typu rozpoczęcie dnia od rzeczy najważniejszej, robieniu przerw co 90 minut, czy budowaniu nawyków przez 21 (lub 30) dni. Tyle że internet jest pełen takich porad i z łatwością je znajdziesz. Na przykład na blogu Steva Pavliny, który świetnie pisał o efektywności osobistej, zanim nie poszedł w bardziej zwariowane i absurdalne tematy.
OK. Jedna, mała, niewinna rada. Z własnego doświadczenia wiem, że dobrym sposobem na koncentrację jest kombinacja trzech czynników: dużo pracy + mało czasu + odpowiedzialność za to co robisz, na Twoich barkach. Jeśli masz dużo do zrobienia, goni Cię termin i czujesz presję – jest spora szansa, że Facebook będzie przerwą w pracy, a nie na odwrót. ;-)
Nazywam się Michał Zaborek i od czasu do czasu piszę tu o trendach, biznesie, rozwoju ludzi, kulturze organizacyjnej, efektywności firm, zespołów i jednostek, o pracy i karierze. Zawodowo pełnię funkcję prezesa zarządu Konsorcjum doradczo-szkoleniowego SA, właściciela marek e-learning.pl oraz House of Skills, czołowej polskiej firmy e-learningowej i doradczo szkoleniowej. To o czym tu pisze, w znakomitej większości po prostu mnie interesuje. :-)