HR ma znaczenie - HR, kultura, efektywność osobista, zespołowa, organizacyjna. Praca, kariera, trendy. O tym jest ten blog.
  • Strona główna
  • Wywiady i artykuły
  • O autorze
  • Kontakt (i współpraca)
Strona główna
Wywiady i artykuły
O autorze
Kontakt (i współpraca)
HR ma znaczenie - HR, kultura, efektywność osobista, zespołowa, organizacyjna. Praca, kariera, trendy. O tym jest ten blog.
  • Strona główna
  • Wywiady i artykuły
  • O autorze
  • Kontakt (i współpraca)
Książki
Efektywność indywidualna•Książki•Prezentacje

141. Prezentowanie nago daje lepsze efekty

30 sierpnia 2012 Paweł Wydymus Jeden komentarz

Z racji tego, że jeszcze są wakacje i w mediach sezon ogórkowy, postanowiłem tytułem dopasować się do rozluźnionych obyczajów typowych raczej dla pism plotkarskich niż poważnych publikacji. Nie bez kozery jednak ta nagość i prezentowanie w jednej linii. Oba tematy łączą się w tytule książki „Naked presenter” (tytuł polskiego wydania – „Prezenter bez tajemnic”), którą napisał Garr Reynolds – ten sam co recenzowane już wcześniej „Prezentacje Zen”. Z książką męczyłem się przez kilka tygodni, ale nie tyle z powodu jej nieprzystępności, co raczej nawału innych obowiązków. Jej lektura jest warta rozważenia na samym początku przygody z prezentacjami, natomiast w praktyce jest tak, że często najpierw bierzemy się za doskonalenie umiejętności obsługi PowerPointa i doskonalenie czytelności slajdów, a dopiero później zastanawiamy, co właściwie zrobić by odnieść lepsze efekty prezentując te slajdy żywym ludziom.

A teraz czas na kilka luźnych myśli zebranych z książki. Ta forma recenzowania ma już swoją tradycję na naszym blogu, a tradycję warto przecież pielęgnować.

1. Celem prezentacji nie jest przekazanie informacji – to można osiągnąć kilkoma innymi, bardziej stosownymi metodami (np. pisząc książkę albo artykuł) – ale raczej przekonanie słuchaczy do czegoś, w co wierzymy. Jeśli tak podejdziemy do sprawy, dużo łatwiej podczas wystąpienia okazać prawdziwą pasję dla głoszonej sprawy. A tylko wtedy jest szansa na przekonanie odbiorcy. Na początku przygotowań do prezentacji trzeba więc starannie przemyśleć nasz prawdziwy cel wystąpienia. Przyznany odgórnie temat może być całkiem niewyróżniający się, np. „wyniki sprzedaży w I półroczu 2012”, tymczasem ta jedna myśl przewodnia, którą chcemy zarazić słuchaczy, może być zupełnie inna, np. „są duże powody do optymizmu, bo nowo wprowadzony produkt X sprzedaje się znacznie lepiej niż przewidywaliśmy”.

2. Tytułowa nagość to – mocno upraszczając – usunięcie barier, które mogą przeszkadzać w dialogu z odbiorcami. Mogą to być np. czytanie notatek, stanie na mównicy, brak kontaktu wzrokowego, używanie żargonu niezrozumiałego dla (części) odbiorców itp. Ta nagość ma pomóc w dobrym porozumieniu ze słuchaczami i otwarciu ich na argumentację prowadzącego spotkanie;

3. Prezentacja będzie znacznie bardziej efektywna, jeśli przekształcimy ją w rozmowę z publicznością, a nie tradycyjnie – jak występ, podczas którego jedna osoba mówi, a reszta słucha. Definicja rozmowy zakłada interakcję stron – czego zazwyczaj w prezentacjach brakuje, a co może bardzo pomóc. Przykłady interakcji: gry, dyskusje w podgrupach, głosowanie, ochotnicy na scenie, pytania do publiczności.

4. Podczas prezentacji nie ma obowiązku korzystania z pomocy technicznych (jak rzutnik i komputer)! Częściej niż jest to praktykowane warto pozostawić laptopa w torbie i przejść z publicznością przez temat w tradycyjny, analogowy sposób. Jeśli zdecydujemy się użyć elektroniki, to ważne, aby rzeczywiście wnosiła ona coś do naszego przekazu i pozostawała w tle, pierwszy plan rezerwując dla człowieka.

5. Nigdy specjalnie nie miałem czasu ani energii, by przećwiczyć prezentację. Zawsze wolałem do ostatniej chwili wyszukiwać nowe fakty, ciekawostki, czy dopracowywać slajdy. Zawsze miałem w związku z tym wyrzuty sumienia, a tu książka przychodzi mi w sukurs. Mianowicie autor twierdzi, że wszelkie próbne prezentacje mogą wpłynąć na to, że właściwe wystąpienie będzie zbyt sztuczne. Tymczasem znacznie ważniejsza dla odbiorców jest naturalność i spontaniczność. Wrażenie sztuczności (towarzyszące często perfekcyjnemu przygotowaniu) nie jest aż tak przekonywające jak naturalność i świeżość połączona z pasją.

6. W dzień prezentacji warto przybyć wcześniej na miejsce z kilku powodów.

  • Przede wszystkim względy logistyczne, tj. zadbanie o to, by w miejscu prezentacji wszystko było przygotowane pod nasze potrzeby. W moim przypadku przejawiło się to tak, że podczas dużego kongresu miałem zaplanowaną prezentację wczesnym popołudniem. Przyjechałem kilka wystąpień wcześniej i przysłuchując się kolejnym występującym doszedłem do wniosku, że nie chcę – tak jak oni – być uwiązanym do mównicy. Wobec tego poprosiłem o zorganizowanie dla mnie mikrofonu bezprzewodowego, żebym mógł dowolnie poruszać się po centralnej części sali. Udało się perfekcyjnie, dzięki czemu uzyskałem o wiele lepszą siłę przekazu niż pozostali mówcy tego dnia.
  • Drugi powód, by być wcześniej, to możliwość przebywania wśród ludzi, którzy niedługo będą stanowili nasze audytorium. To bezcenna szansa lepszego poznania słuchaczy, lepszego zrozumienia ich oczekiwań czy nawet podchwycenia jakichś ciekawych stwierdzeń, które mogłyby zostać użyte podczas samej prezentacji

7. It’s not about numbers, it’s about what numbers mean. Często przywiązujemy się do danych liczbowych, które w naszej opinii są arcyważne i przytaczamy je słuchaczom. Równie często zapominamy, by je na wylot prześwietlić – ale nie mówiąc skąd się wzięły czy jaka była badana próba – ale co z nich wynika. Zalecenie to brzmi bardzo prosto, ale niezwykle rzadko jest prawidłowo stosowane. Tak więc jeszcze raz, po polsku – mówienie o cyfrach nie wystarczy – ich interpretacja jest jeszcze ważniejsza.

Polecam też poniższe wideo z występu autora książki na konferencji TED.

Udostępnij:
Kariera•Książki

137. Wszyscy jesteśmy przedsiębiorcami.

23 maja 2012 Michał Zaborek Brak komentarzy

Ben Casnocha to ex-przedsiębiorca-nastolatek i autor opisywanej przeze mnie tu jakiś czas temu świetnej książki My start-up life. Reid Hoffman to seryjny inwestor (m. in. Facebook, AirBnB, Zynga, PayPal), pomysłodawca, a przede wszystkim założyciel serwisu LinkedIn. Obaj panowie wydali właśnie książkę o karierze, sile społeczności, nowych czasach i starych prawdach.

Tytuł, The start-up of you, nawiązuje do poprzedniej, bestsellerowej książki Bena Casnochy oraz odzwierciedla myśl przewodnią książki:

przedsiębiorca jest w każdym z nas (czasem tylko o tym zapominamy).

Paradoksalnie, nie ma tu mowy o start-upach i prowadzeniu własnego biznesu, autorzy słusznie wskazują nawet, że większość z nas nie powinna brać się za zakładanie i prowadzenie firmy. Całość skoncentrowana jest za to na jednostce – nawet bardziej na pracowniku, który pracuje u (na) kogoś, niż na przedsiębiorcy. Idea siebie samego, jako marki nie jest nowa – zapoczątkował ją słynny artykuł Toma Petersa, The Brand Called You, którego główne przesłanie brzmiało: wyróżnij się.

Książka zbudowana jest na fundamencie aktualnych realiów pracy/kariery, czyli końca paradygmatów:

  • pracy dla jednego pracodawcy,
  • stabilności,
  • podróży w górę hierarchii.

To ten sam fundament, na których napisane zostały książki Setha Godina (Linchpin) oraz Penelope Trunk (Błyskotliwa kariera. Nowa zasady sukcesu). Odpowiedzią na ten stan rzeczy, jest bycie w permanentnym stanie beta. Tak jak start-up. Podstawą owego fundamentu jest posiadanie unikalnego zestawu kompetencji / sieci znajomych / działanie w konkretnej branży / własne niepowtarzalne doświadczenie. Innymi słowy, jeśli masz trudność w odpowiedzi na pytanie: „firma zatrudnia właśnie mnie, ponieważ…”, to być może masz problem, lub możesz go mieć w przyszłości.

Co ciekawe, bycie w stanie beta oznacza brak jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o to kim jestem / kim chciałabym być / co chciałabym robić w życiu. Tej odpowiedzi nie ma, jako że jest ona kreowana na bieżąco, krótko- i średnioterminowo w zależności od sytuacji. Zaskakująco sporo moich znajomych i znajomych znajomych w okresie studiów próbowało na to pytanie znaleźć jedną, jedyną odpowiedź. Fajnie, jeśli prowokuje to do szukania. Mniej fajnie, jeśli jest wymówką do bezczynności. Dodajmy do tego nasz narodowy charakterek – Polska jest krajem o niezwykle silnym stopniu unikania niepewności. Boimy się wszystkiego… zatem o taką niepewność „co dalej” jest nam naturalnie łatwiej… i naturalnie w większym stopniu szukać będziemy bezpieczeństwa – na co wskazują badania z cyklu czego szuka polski pracownik.

Książka wskazuje kilka fajnych trików, dotyczących odpowiedzi na tego typu pytania. Dla przykładu: przydatne do poszukiwań odpowiedzi na to co chciałabyś tak naprawdę robić jest rzut oka na… ostatnie 6-8 weekendów. Zapisz wszystkie większe aktywności z soboty i niedzieli. Być może tam jest wskazówka. (Gorzej, jeśli lista wygląda tak: Fifa 2012, Gotowe na wszystko, Finał Ligi Mistrzów, etc… ;)).

Kolejna ciekawa propozycja: rezerwuj czas i środki na działania przypadkowe (randomness) – czyli takie, których na co dzień nie robisz i które z pozoru wydają się zupełnie nie z Twojej działki. Czas, ale też środki – np. określoną kwotę, procent dochodu – np. po to aby móc pójść na konferencję spoza branży, czy inne interesujące wydarzenie (racja, konferencje są zwykle nudne). Pozwoli to na wyjście z pudełka codzienności oraz na poznanie nowych ludzi.

Właśnie w ramach działań przypadkowych, poszedłem kilka dni temu na galę wręczenia nagród konkursu House of Walkers Project. To konkurs, w którym na podstawie nadesłanych filmików obrazujących pomysł na biznes, wygrać można dofinansowanie dla start-upu. Dofinansowanie otrzymały dwie firmy: Qpony.pl oraz Daily SMS. Prowadzący galę wręczenia nagród mówili między innymi o pasji. To popularne ostatnio słowo, wypiera dawno już niemodne „kariera” (ble!) oraz permanentnie obecne „rozwój” (ble…). Teraz powinniśmy pracować z pasją, wtedy jest szansa na szybki rozwój i karierę ;). No dobra, nabijam się trochę, ale pasja na topie jest i już.

W porównaniu do moich czasów studenckich (najbardziej mnie teraz wkur%$# u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę…), w których dominowało słowo „kariera”, mamy teraz prawdziwy boom na przedsiębiorczość i zakładanie swoich firm. I bardzo dobrze.

Wracając do The start-up of you – jej plusem jest fakt, że nie jest poradnikiem (uff), oraz że została napisana przez notorycznych praktyków. W ogóle Hoffman to bardzo ciekawa osobowość – więcej w artykule Reid Hoffman – the network philosopher. Autorzy podają esencję kilku działań, które mogą pomóc w analizie miejsca w którym jesteś i do którego być może w niedługim czasie chciałabyś dojść. Często odnosi się to do siły relacji i budowanych połączeń z innymi ludźmi, też w kontekście narzędzi takich jak LinkedIn, pokazując ich zastosowanie głębsze, niż li tylko umieszczenie swojego profilu w sieci.

Jeśli nie masz czasu na przeczytanie całości, to obejrzyj trailer książki (poniżej), a na stronie publikacji, znajdziesz: materiały dodatkowe oraz piękne, 9-stronnicowe, ilustrowane streszczenie książki -zobacz ciekawą koncepcję planowania swojej kariery według metody ABZ (gdzie A – to plan w obszarze tego co robisz dzisiaj, B – to coś innego, ale wykorzystującego Twoje obecne kompetencje, a Z – to coś zupełnie z innej bajki). Z w/w strony polecam też poradnik o tym, jak wykorzystywać LinkedIn w sposób zaawansowany.

 

 

To dobra książka. Nieinwazyjna, a takie lubię. Różnica pomiędzy przedsiębiorcą a pracownikiem dotyczy przede wszystkim stopnia akceptacji ryzyka. W dużej mierze, dzięki strategii Start-up of you, to ryzyko, jako pracownik… minimalizujesz. Do przedsiębiorcy daleko. Ale nie zmienia to zupełnie faktu, że książka jest warta przeczytania, bo, jak mówi cytowany w książce założyciel Netflixa, Reed Hastings, „Most of the time, change in the world overtakes you”. Czyli, w wolnym tłumaczeniu: gdzie się nie obrócisz…

Udostępnij:
Ciekawe miejsca•Książki

133. Ten wpis jest za darmo

16 marca 2012 Michał Zaborek 2 komentarze

W roku 2007 Radiohead wydał płytę In Rainbows. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że album można było ściągnąć z internetu. Za darmo lub przekazując opcjonalny datek „co łaska”. W pierwszym dniu dystrybucji, In Rainbows ściągnęło ponad milion osób. Około 40% z nich zdecydowało się przekazać zespołowi donację. Średnio wynosiła ona 2 dolary. Album sprzedał się najlepiej ze wszystkich płyt zespołu. Muzycy zarobili na ściąganych z sieci plikach więcej, niż na poprzednim albumie we wszystkich jego wersjach.

Ten spektakularny przykład pokazuje dwie istotne rzeczy: na wielu rynkach pojawia się cena „za darmo” oraz przy tak zdefiniowanej cenie – nadal można zarobić – przy odpowiedniej kreatywności. Dotyczy to nie tylko branży muzycznej, ale również filmowej, czy wydawniczej. I jeśli głębiej się zastanowić – praktycznie wszystkiego, co oparte jest na nośnikach cyfrowych, które można dostarczyć (i często skonsumować) przez internet czy komputer / tablet / telefon. Rodzi to nowe możliwości, nowe wyzwania oraz nową ekonomię, która rządzi się swoimi, odmiennymi od znanych nam dotychczas prawami. I właśnie o tym traktuje książka redaktora naczelnego amerykańskiej wersji WIRED, Chrisa Andersona, pod tytułem „Za darmo. Przyszłość najbardziej radykalnych z cen„.

Analizując fenomen darmowych treści, warto popatrzeć na to, co stało się z licznymi stronami, oferującymi płatny dostęp do wiedzy, blogów, porad, newsletterów, itd. Po kilku latach prób, widocznych głównie w latach 90, wydaje się, że ten model funkcjonowania, poza super-specjalistycznymi serwisami, poległ. Mamy za to wysyp i dostęp do wielu wartościowych miejsc, oferujących wartość w cenie „zero”. Między (bardzo wieloma) innymi:

  • gazety, takie jak np. New York Times, otworzyły swoje archiwa i poza dzisiejszym wydaniem, możesz przeglądać to, co gazeta publikowała wcześniej;
  • każdy artykuł brytyjskiego WIRED, z wydania starszego niż najnowszy numer magazynu, możesz czytać w całości w sieci, za darmo;
  • analogicznie jest z doskonałą gazetą Fast Company oraz z wieloma innymi tytułami;
  • ten blog jest za darmo (naprawdę, nie próbuję Ci nic sprzedać ;)), podobnie jak kilkanaście milionów innych blogów;
  • najlepsze uczelnie rozdają dostęp do nagrań swoich wykładowców; możesz na przykład obejrzeć wykłady profesora Richarda A. Mullera z Berkeley pt. fizyka dla przyszłych prezydentów;
  • wielokrotnie tutaj pisaliśmy już o tym, co jest ciekawego i darmowego – np. TED, Do Lectures, baza wiedzy uczelni MIT;
  • itd. etc.

 

„Za darmo” bardzo istotnie zmienia rozkład sił i zasady funkcjonowania rynku gier. Od kilku miesięcy gram w League of Legends. To doskonała gra sieciowa, w której dwie drużyny (3, lub 5 osobowe) walczą o dominację na mapie, na której toczy się rozgrywka. Gra jest darmowa; gra w nią już kilkanaście milionów internautów, więcej niż w słynny World of Warcraft. Na czym zarabiają twórcy? W dużym skrócie: na punktach, kupowanych za realne pieniądze, za które potem kupujesz (między innymi) nowe postacie do gry. Możesz je zdobyć, jako nagrodę za rozegrane rozgrywki (punkty doświadczenia), ale jeśli nie chcesz czekać – płacisz realne pieniądze i masz dostęp do punktów szybciej. Rozwiązanie jest fair, bo za punkty kupowane za pieniądze nie uzyskasz żadnej przewagi nad innymi graczami (a zatem jeśli masz więcej kasy, nie będziesz wcale lepszy). LoL jest jednym z hitów na rynku gier i konkuruje z tytułami sprzedawanymi w tradycyjnym modelu, gdzie płacisz kilkadziesiąt lub więcej złotych za pudełko, lub kod do ściągnięcia gry. Jest także sukcesem finansowym, przychody wydawcy – firmy Riot, w roku 2010 sięgnęły 25 mln USD. League of Legends stało się inspiracją dla wielu innych gier i producentów oprogramowania, wskazując kierunek rozwoju produktów – właśnie w tzw. modelu Freemium.

Blogosfera, serwisy typu Wikipedia, napędzane są korzyściami niemonetarnymi – takimi jak reputacja, rozpoznawalność, możliwość wypowiedzenia się. Koszt ściągnięcia treści / produktów z internetu jest bliski zeru. Masz dostęp do nieograniczonych zasobów, a gdy czegoś jest w nadmiarze – mamy tendencję do ignorowania tego i oczekiwania bardzo niskiej, albo darmowej ceny. Nie oczekujemy opłat za świeże powietrze.

Różnica pomiędzy ceną zero, a ceną minimalną jest kosmiczna. To dwa różne rynki, bo kluczem staje się namówienie Ciebie i mnie do tego, aby zapłacić cokolwiek. Czy cena będzie wynosiła 50 gr, 50, czy 500 PLN jest już potem sprawą drugorzędną. Najtrudniejszy jest pierwszy krok – jeśli wokół wszystko jest prawie za darmo, jesteś gotowa zapłacić tylko za rzeczy unikatowe, dobrze zrobione i wyjątkowe. Co ciekawe – inaczej patrzymy na produkty, które zawsze były za darmo, a inaczej na takie, które kiedyś były płatne – a teraz są za darmo. Te drugie przez pierwszy okres postrzegane są jako dobra niskiej jakości, podejrzane (kiedyś kosztowało, a dzisiaj już nie…? ups. podejrzane…!).

Jedna z możliwych strategii, wykorzystująca cenę „za darmo” brzmi tak: weź to, czym się zajmujesz, zrób coś dobrego, a następnie rozpowszechnij w internecie tak bardzo, jak jest to możliwe. Dotrzyj ze swoim produktem tam, gdzie się da. To zmiana myślenia o ekonomii – rynek nie jest wtedy tylko miejscem gdzie spotyka się sprzedający z kupującym, ale także – miejscem gdzie występuje wielu graczy a do rzeczywistej, monetarnej wymiany, dochodzić może tylko pomiędzy nielicznymi.

Cena „za darmo” wpływa na dostęp do wiedzy, co jest również istotne z punktu widzenia rozwiązań HR-owych – zarówno od strony firm-klientów, jak i dostawców. Coraz więcej treści jest na wyciągnięcie ręki, bez opłat – zatem spadają ceny usług opierających się na tej wiedzy (np. podstawowych szkoleń z komunikacji, prezentacji, efektywności indywidualnej). Szkolenia dofinansowane z EFS spowodowały po pierwsze spadek ich znaczenia po stronie klientów, a po drugie – dużą presję na ceny, nawet już po zakończeniu dofinansowania (wiele szkoleń dostępnych było za darmo, lub prawie-za-darmo).

Podaż dostępnych treści zwiększyła się niebotycznie, podczas gdy popyt jest jakby stały. I Ty i ja – mamy nadal 24 godziny dziennie. Opcji do skonsumowania jest bez liku. Czasu tylko, jakby mało.
Darmowa cena pozostaje atrakcyjna niezależnie od rynku, ale zrobienie pieniędzy na tym, to kwestia kreatywności, zasięgu, pomysłu i ciągłych eksperymentów. Za darmo wywraca rynki do góry nogami, jak pisze Chris Anderson. Ważne, aby w odpowiednim momencie znaleźć się po właściwej stronie. 

p.s.
Książka Chrisa Andersona „Za darmo – przyszłość najbardziej radykalnej z cen” w wersji angielskiej jest do ściągnięcia… a jakże, za darmo. Link do pliku .zip tutaj. To dobra książka, polecam.

Udostępnij:
Efektywność indywidualna•Innowacyjność•Książki•Marketing•Prezentacje•Psychologia•Trendy

130. Marketing narracyjny czyli opowiadanie historii

23 stycznia 2012 Paweł Wydymus 3 komentarze

Czy spotkaliście się kiedyś z terminem ?marketing narracyjny?? Do mnie po raz pierwszy termin ten dotarł ponad rok temu. Nawet zaopatrzyłem się w ciekawie zapowiadającą się książkę o konstruowaniu opowieści. Nawał pracy i nauki sprawił jednak, że zakup ten przeleżał na półce nietknięty, a ja niedawno dostałem w prezencie polskie, świeże jeszcze wydawnictwo w tym samym temacie.
Eryk Mistewicz jest największym polskim propagatorem idei marketingu narracyjnego. A cóż to takiego? Najprościej mówiąc – sposób dotarcia do odbiorcy (i jego przekonania) do komunikatu przekazywanego przez nadawcę. Odbiorcą może być każdy: dla polityków będą to wyborcy, dla reklamodawców – potencjalni klienci, dla menedżera w firmie – podwładni albo przełożeni, itd. A sam sposób polega na? opowiadaniu historii. Historii dobrze przemyślanych i przygotowanych, właśnie po to by dotrzeć do odbiorcy i skłonić go do pożądanych przemyśleń lub działań. Autor dowodzi, że ten sposób przekazywania informacji i przekonywania innych jest od wieków wbudowany w ludzką naturę – a przez to najbardziej efektywny. Działa dlatego, że mózg znacznie lepiej zapamiętuje fakty, jeśli są połączone spoiwem w postaci opowieści.

Oto kilka luźno powiązanych rzeczy, które wyróżniły mi się podczas lektury ?Marketingu narracyjnego?:

  • natłok tradycyjnie postrzeganych komunikatów jest tak duży, że straciły one już swoją moc
  • sposób na dotarcie to nie przekaz suchych informacji, lecz raczej historii, opowieści (do mistrzostwa opanowane przez Apple)
  • nie sprzedajemy produktów, lecz emocje (np. promocja koncernów samochodowych poprzez wyścigi i rajdy, a innych poprzez opowieści o bezpieczeństwie rodziny, jeśli kupimy ich auto)
  • warto posiadać swoją ?narracyjną wizytówkę? (coś, z czym chcemy by skojarzyła nas każda osoba która o nas usłyszy)
  • prostota i zrozumiałość przekazu zwycięża pseudonaukowe, skomplikowane mowy – nawet w polityce. Autor przywołuje także reguły, które znamy z książki ?Zen prezentacji?.
  • czy twoja firma ma historię, którą ?dzielą? jej pracownicy, klienci?
  • 5 elementów dobrej narracji: pasja, możliwość utożsamienia się odbiorcy z bohaterem opowieści, istnienie czarnego charakteru, decydująca chwila (niczym moment ostatecznego starcia dobra ze złem) i wreszcie zwycięstwo.

Sam Eryk Mistewicz jest zawodowo związany z polityką. Zaowocowało to ciekawym – nawet dla takich politycznych laików jak ja – rozdziałem opisującym na autentycznych przykładach (z Polski, USA, Francji a nawet Japonii) znaczenie poważnego podejścia do narracji. Oprócz „dużej” polityki jest też parę słów o niewykorzystanych szansach promowania kraju i polskich miast. Dlatego też mam nadzieję, że jak najwięcej osób odpowiadających za promocję Polski i polskich miast książkę tę przeczyta i skłoni je do reflekcji. A może i do działania – jest tam nawet trochę pomysłów od razu do wykorzystania.

Duży plus dla autora za włączenie do książki dużej ilości materiałów dodatkowych (zwykle filmów na YouTube) poprzez system kodów trójwymiarowych. Z takich właśnie dodatków pochodzi poniższy film o tym, jak zmienia się rzeczywistość sposobu dotarcia do odbiorcy w świecie producentów dóbr konsumenckich i reklamy.

Udostępnij:
Badania•Książki•Wywiady

129. Chaos, Jim Collins i wyprawa na Biegun Południowy.

16 stycznia 2012 Michał Zaborek Jeden komentarz

Żyjemy w świecie szybkiej zmiany, czasy są niespokojne, a przyszłość nieznana. Prawda? Zwłaszcza w porównaniu ze starymi dobrymi czasami. Teraźniejszość od tych czasów odróżnia to, że żyjemy właśnie tu i teraz i nie wiadomo co dalej. A przeszłość? Jest przecież przewidywalna, wystarczy zajrzeć na karty historii i widać ?co i jak?. Albo sięgnąć pamięcią do tego jak było kiedyś.

Tyle że pamięć jest zawodna i zniekształca, a czasy niespokojne były zawsze. Zmiany ? przez ostatnie ponad 100 lat było ich co nie miara i chyba powiedziałbym, że znacznie spokojniej jest teraz, niż np. w 1912. Slogan ?żyjemy w czasach szybkiej zmiany? znajdziesz w książkach biznesowych również z roku 1950, 1980. I dowolnego innego potem. Powtarzanie go na okrągło jest chyba brakiem pomysłu na to jak zacząć – bo zwykle pojawia się on na początku książki / artykułu / szkolenia / wystąpienia (niepotrzebne skreślić).

Mimo wszystko? kryzys, niepewność rynków finansowych, wahania giełd i długi publiczne? jest bardziej ciekawie niż parę lat temu przynajmniej. Właśnie przez pryzmat ostatnich lat, relatywnie większej niepewności rynkowej, mój ulubiony pisarz biznesowy, Jim Collins, opisał firmy, które poradziły sobie z kryzysem / zmianami / niepewnością lepiej niż inne. Jego nowa książka nazywa się ?Great by choice: uncertainty, chaos and luck ? why some thrive despite them all? i niesie ze sobą kilka niezwykłych historii i jak zwykle u Collinsa ? konceptów, które zapadają w pamięć na długo.

Collins uważany jest za jednego z najważniejszych pisarzy i guru biznesu, między innymi, z uwagi na fakt, że swoje teorie opiera nie o strumień świadomości i własnych przekonań, ale o bardzo dobrze przygotowane i przeprowadzone badania, zakrojone na szeroką skalę. W najnowszej pozycji z listy 20 400 firm, które znalazły się w początkowej orbicie zainteresowania zespołu badawczego, pozostało 7, które przeszły przez sito selekcji, opartej o 9 zestawów kryteriów. Badania i przygotowania do książki trwały 9 lat. Imponujące. Firmy, które pozostały, potrafiły oprzeć się zawieruchom, które panowały w ich sektorach i mimo iż konkurenci padali jak muchy, albo ledwo sobie radzili, siódemka opisywanych firm rozkwitała i radziła sobie świetnie. Collins nazwał je firmami ?X10?, od pokonywania dziesięciokrotnie wskaźników średniej efektywności i sukcesu mierzonego ceną akcji, dla swojego sektora ? patrz rysunek poniżej.


Co zatem je wyróżnia? Po pierwsze ? przyjmują chaos za stan oczywisty i mimo niego kreują swoją własną rzeczywistość, swój własny rynek i kulturę organizacyjną. Po drugie (choć nie ostatnie ? to tylko część układanki) ? mają bardzo specyficzny rodzaj przywódców, którzy? no właśnie. Nie są wcale bardziej kreatywni niż inni. Nie są bardziej charyzmatyczni (z mitem nieomylnego lidera przywódcy Collins rozprawił się w swoich poprzednich książkach, pisząc o przywództwie piątego poziomu). Nie są też bardziej odważni, nastawieni na wielkie włochate, ambitne cele. Takie wyniki badań stoją też do pewnego stopnia w sprzeczności z tezą BHAGów (Big Hairy Audacious Goal), które spopularyzował? Collins oraz Porras w innej doskonałej książce ? Wizjonerskie organizacje.

Dobre przywództwo, które sprawdziło się w przeszłości najlepiej, wśród badanych liderów firm, wyróżnia: fanatyczna dyscyplina, kreatywność, rozumiana jako wykorzystywanie pojawiających się na bieżąco szans, samokontrola, zwłaszcza w sytuacjach gdy sytuacja na rynku spod kontroli się wymyka oraz na koniec: efektywna paranoja (productive paranoia), czyli kanalizowanie strachu i niepewności w nadmierne przygotowania, a potem uspokojenie umysłu na etapie działania.

Fanatyczna dyscyplina wiąże się ze stałym rozwojem i unikaniem nadmiernych skoków, po których firma może przypominać kolosa na glinianych nogach i jest znacznie słabsza i podatna na problemy. Doskonały jest przykład, który obrazuje różnice pomiędzy dyscypliną, a bezsensownym wykorzystywaniem okazji ?na hurra?, bez myślenia długofalowego. Pochodzi on z roku 1911 i wyścigu do zdobycia Bieguna Południowego ? pomiędzy Roberterm Scottem i Roaldem Amundsenem. Obaj wyruszyli w odstępie kilku dni, byli w podobnym wieku i mieli podobne doświadczenie. Jeden (Amundsen) doszedł do celu i wrócił ? drugi? (Stott), też doszedł, ale po tym pierwszym, a wrócić się nie udało. Kluczowa różnica pomiędzy obiema wyprawami polegała na odległości, którą pokonywały każdego dnia. Amundsen postawił na regularność ? 20 mil dziennie, niezależnie od pogody. Scott i spółka ? wykorzystywali dobre dni do nadrabiania odległości. Kosztowało ich to jednak dużo siły i utratę energii, która była potrzebna w gorsze dni, gdy pogoda była bardzo nieprzyjazna. W czasie gdy Scott odpoczywał w namiocie po nadmiernym wysiłku, Amundsen szedł do przodu po 20 mil. Niezależnie od pogody. Ten wyścig żółwia z zającem wygrał żółw (Amundsen). Swoją konsekwencją i uporem. I nie eksploatowaniem się nadmiernie, w dni dobrej pogody.

Jim Collins przenosi koncepcję przesuwania się o 20 mil dziennie do przodu do świata biznesu i tego w jaki sposób opisane przez niego najlepsze firmy się rozwijają i działają na rynku. Powoli ? ale do przodu. Bez gwałtownych ruchów, śmiałych akwizycji, spektakularnych pomysłów na gigantyczny wzrost. To kombinacja parcia do przodu w złych czasach, ale także ? powstrzymywania się od hurra-optymistycznych projektów, w czasach dobrej koniunktury. Myślę, że ta sama filozofia może być równie dobra dla ludzi, jak i firm. Weźmy taką naukę języka obcego (przykład tak klasyczny jak to, że czasy są niespokojne i wszystko się zmienia). Cóż z tego, że w niedzielę nauczysz się 30 nowych słówek, jeśli przez kolejne 10 dni nie zrobisz nic. Lepsze efekty daje nawet 5 dziennie. Ale stale. I do przodu ;)

Według Todda Sattersena oraz Jacka Coverta, książka Great by Choice jest najlepszą książką biznesową w roku 2011. Doskonałe zestawienie najlepszych tytułów ostatnich 5 lat z portalu Scribd, autorstwa obu panów ? tutaj.

Obszerny artykuł o książce Collinsa oraz o wyścigu Amundsena i Scotta, znajdziesz tutaj.

Na YouTube dostępny jest jeszcze obszerniejszy wywiad z autorem ? jego pierwsza część ? poniżej; (części kolejne tutaj: druga, trzecia oraz czwarta).

;

Udostępnij:
Page 3 of 7« First...«2345»...Last »

Info o nowych wpisach

https://www.facebook.com/HR-ma-znaczenie-139469166081408/

O mnie

Nazywam się Michał Zaborek i od czasu do czasu piszę tu o trendach, biznesie, rozwoju ludzi, kulturze organizacyjnej, efektywności firm, zespołów i jednostek, o pracy i karierze. Zawodowo pełnię funkcję prezesa zarządu Konsorcjum doradczo-szkoleniowego SA, właściciela marek e-learning.pl oraz House of Skills, czołowej polskiej firmy e-learningowej i doradczo szkoleniowej. To o czym tu pisze, w znakomitej większości po prostu mnie interesuje. :-)

Archiwum bloga

Kategorie

  • Badania (33)
  • Bez kategorii (9)
  • Ciekawe firmy (2)
  • Ciekawe miejsca (38)
  • E-learning (10)
  • Edukacja (20)
  • Efektywność indywidualna (48)
  • HR (65)
  • Humor (7)
  • Inne (34)
  • Innowacyjność (17)
  • Kariera (15)
  • Książki (33)
  • Kultura (11)
  • Marketing (7)
  • Prezentacje (13)
  • Psychologia (12)
  • Sprzedaż (3)
  • Travels (3)
  • Trendy (76)
  • Wywiady (19)
  • Zarządzanie ludźmi (18)
  • Zespoły i praca zespołowa (22)

Popularne posty

120. Lumosity. Wytrenuj swój mózg.

30 sierpnia 2011

105. Po zdjęciach ich poznacie, czyli dobre foto do cv

28 marca 2011

92. Zespoły po polsku

8 grudnia 2010

44. Blogi, które powinieneś dodać do ulubionych ? według Inc.com

16 listopada 2009

81. Crowdspring w praktyce

11 września 2010

Tagi

360 AI Apple ben casnocha ciekawe blogi cv e-learning e-learning bootcamp e-learning w Polsce HR HR ma znaczenie Innowacje kariera konferencja kultura narodowa Marcin Konieczny Marek Hyla MBA Michał Zaborek naked company narzędzia web 2.0 ocena 360 ocena pracownicza praca zespołowa prezentacja Prezentacje przywództwo rekrutacja rozwój ludzi samorozwój spotkania studia studia MBA Tim Ferris Trendy trendy HR trendy na rynku szkoleń trendy szkoleniowe trendy w HR trendy w rozwoju ludzi trendy w rozwoju pracowników Web 2.0 zarządzanie Zarządzanie ludźmi życiorys

© 2020 copyright HR MA ZNACZENIE // Wszelkie prawa zastrzeżone
Polityka prywatności