W temacie poprzedniego wpisu – doskonały wywiad z Marcinem Koniecznym o starcie w MŚ w Ironmanie na Hawajach w październiku 2012. Dużo szczegółów startowych, zdjęć. Bardzo dobra rozmowa. Polecam gorąco.
Efektywność indywidualna
Tym razem będzie o efektywności osobistej, stawianiu i realizowaniu celów. Zapraszam do przeczytania wywiadu z Marcinem Koniecznym, moim przyjacielem, Ironmanem. Marcin wystąpił ponad tydzień temu na Mistrzostwach Świata w triathlonie, w Kona na Hawajach. (Więcej tutaj: http://ironman.com). W swojej kategorii wiekowej (40-45 lat), zajął bardzo dobre, 19 miejsce.
Michał: Co zmieniło się od naszej rozmowy z września 2009? Wspominałeś wtedy o Hawajach, jako o marzeniu, tymczasem teraz masz ten start już za sobą.
Marcin Konieczny: Zakończył się pewien etap w moim sportowym życiu. Etap, który jest bardzo ważny, niedostępny dla wszystkich, odrobinę ekskluzywny. Po pierwsze ze względu na fundusze potrzebne do wystartowania w Kona. Po drugie, pokazujący, że trzeba mieć odrobinę talentu – wielu moich kolegów jest świadomych, że nie mają szans na kwalifikacje do Mistrzostw Świata. Po trzecie, jest związany z przełomem, który nazywa się osiągnięciem wieku dojrzałego, czyli 40 lat. Nie chcę wchodzić w dyskusje czy to mało czy dużo – dla mnie a w sam raz… ;) W każdym razie połączenie tych elementów fajnie się zgrywa. Od początku swojej triathlonowej przygody czułem, że mi się to uda. Stąd celem jest mistrzostwo świata a uczestnictwo w MŚ jest tylko etapem na drodze do tego celu.
Czy przygotowujesz się teraz inaczej? Co się zmieniło?
Jeśli chodzi o generalne podejście do treningu, to zmieniło się bardzo wiele. Przede wszystkim pojawił się trener, który dba o moje przygotowania. Pewnie sam bym przygotował się równie skutecznie (w końcu aktualna życiówka w Ironmanie jest sprzed okresu trenerskiego), ale za to nie muszę marnować czasu na myślenie o tym, co powinienem robić w następującym tygodniu. Nie martwię się już tym więcej, tylko realizuję plan przygotowany przez osobę, którą znam, której ufam, z którą mam świetne doświadczenia współpracy. Koncentruję się więc na trenowaniu. Tym bardziej, że jeśli chodzi o ilość czasu netto spędzanego na treningach, to jest ona zatrważająca. W okresie BPS (bezpośrednie przygotowanie startowe) jest to 25-30 godzin tygodniowo. Doliczając do tego pracę szkoleniową, tzw. „relacje rodzinne?, to trzeba dobrze to wszystko organizować. Dodatkowo pojawia się jednostka nietreningowa, ale bez niej nie byłoby ani trenowania ani wyników – regeneracja. Na szczęście może odbywać się ona równolegle do życia rodzinnego. Twierdzę, że rok 2012, dla mnie rok bez kontuzji, nie miałby miejsca bez tego elementu treningu. Podsumowując ? teraz wygląda to wszystko trochę bardziej profesjonalnie.
W jaki sposób dostać się na Mistrzostwa Świata? Jak Tobie to się udało?
Sposoby generalnie są dwa. Pierwszy to kwalifikacja sportowa ? czyli jedziesz na oficjalne zawody Ironman i awansujesz, jeśli uzyskujesz odpowiedni wynik. W mojej kategorii wiekowej w zawodach, w których startowałem było 15 wolnych miejsc dających awans ? za pierwsze 15 pozycji. Oczywiście czasami zdarza się, że osoba przed tobą nie odbierze swojego miejsca, więc nawet będąc 20 masz szansę pojechać. Ja miałem taką szanse po IM Klagenfurt w 2010, gdzie wolnych slotów było 7 a ja byłem 11-ty. Wiedziałem, że nie wszyscy przede mną będą chcieli jechać, ale mnie taka kwalifikacja nie interesowała. Jak jechać na MŚ to zasłużenie, a nie dlatego, ze ktoś inny rezygnuje. Drugi sposób, to wierność marce ? jeśli wystartujesz w 10 zawodach Ironman, to za wytrwałość dostajesz slota na Hawaje w roku, w którym jest twój dziesiąty IM. Poza tymi podstawowymi są jeszcze dwie możliwości, ale one już nic z bezpośrednią rywalizacją nie mają wspólnego. Można zostać wylosowanym, czyli składasz aplikację (tak, jak po zieloną kartę) i jeśli cię wylosują, to jedziesz. Ostatni to tzw. Corporate slots. Czyli płacisz grubą kasę za możliwość występu i nikogo nie interesuje czy trenujesz czy nie ? płacisz i jedziesz.

Co Cię zaskoczyło w Kona? Jakie to są zawody?
Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, że legenda tych zawodów ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Miejsce, poziom trudności, atmosfera, poziom rywalizacji – to elementy, które powodują, że to jest mekka triathlonu. Zaskakuje też wszechobecność tych zawodów. Widzisz to już lecąc na Hawaje, spotykając w samolocie innych zawodników, którzy są ubrani np. w stroje sportowe, koszulki startowe. Na miejscu logo Ironman jest wszechobecne. Sklepy, restauracje, imprezy, stoiska z pamiątkami, zniżki dla startujących ? wszystko ologowane. Mimo ogromu imprezy i ilości w niej startujących zawodników, wszystko jest profesjonalnie przygotowane. Ja, jako zawodnik, nie doświadczyłem czekania na cokolwiek. Wszystko było na czas, na miejsce, bez czekania i frustracji. Mimo iż brałem już wcześniej udział w oficjalnych zawodach Ironman, to na Hawajach zaskakuje TŁUM. Tłum zawodników, tłum kibiców, tłum wystawców. I to wszystko na małej powierzchni ? mniej więcej ? Ursynowa, a właściwie nawet trzech przecznic ulicy KEN. ;)
Świetną rzeczą jest też parada narodów, coś a?la przemarsz ekip na olimpiadzie. Z Polski w tym roku było 6 zawodników.
Zająłeś 19 miejsce na świecie w swojej kategorii. Dla mnie brzmi to kosmicznie ? również biorąc pod uwagę, że pracujesz na pełen etat, prowadzisz szkolenia, sporo jeździsz po Polsce. Jak oceniasz ten wynik?
Im dalej jestem od tych zawodów, tym bardziej uznaję ten wynik za słaby. Słyszę wprawdzie, ze wszystkich stron, że wśród milionów osób, które mogłyby stanąć 13.10 do zawodów jest tylko 18, z którymi przegrałem, ale patrząc na to z perspektywy liczb rzeczywistych, to zarówno miejsce jak i czas są słabe. I nie jest to bynajmniej krygowanie się. Przed zawodami chciałem być w pierwszej dwudziestce. I w tym znaczeniu cel jest osiągnięty. Tylko czy nie był zbyt mało ambitny? Jednocześnie wiem, że tego dnia, przy tej formie nie dałbym rady nic więcej. To co się działo szczególnie na trasie biegowej ? skurcze, duży odcisk na stopie – powoduje, że ukończenie ich uznaję za swój osobisty sukces. Nie podejrzewałem siebie o taką wytrwałość i ilość ambicji w organizmie. Jednak jeszcze raz – moja ambicją jest być najlepszym – w kontekście tego celu 19 miejsce to kiepski rezultat. Praca na etat, szkolenia – to tylko wymówki, którymi, jeśli zacznę się posługiwać (chociaż trzeba to docenić – bo czasami jest ciężko), to w tym momencie powinienem przestać trenować. Jasną sprawą jest dla mnie, że jest już bardzo mało zawodów, gdzie będę wygrywał (stawał na pudle) w kategorii open. Dlatego ekscytuje mnie rywalizacja w grupach wiekowych. Ale wszyscy gdzieś pracujemy, każdy ma na głowie rodzinę i każdy, kto startuje żeby wygrywać wykonuje taką samą robotę. A startowanie dla ukończenia – to nie dla mnie.
O czym myślałeś na mecie, a jak o całym starcie myślisz dzisiaj, po kilku dniach?
Na mecie trudno się nie wkręcić w tę euforię, która rozpoczyna się juz na kilka dni przed startem. Euforię o tyle fajną, że pomieszaną ze strachem. Byłem naprawdę przerażony na 3 dni przed rozpoczęciem zawodów. Presja, jaką podświadomie sam na sobie wywierasz, bardzo trudne warunki pogodowe, podświadoma rywalizacja, a nawet samo przyglądanie się i porównywanie do innych zawodników (chudzi, lepszy sprzęt, bardziej przygotowani etc.) powodują, że ostatnie metry, to tak jakby ktoś otworzył w środku butelkę z szampanem. A zatem, przebiegając linię mety krzyczysz ? ukończyłem! Miałem kryzysy, miałem schodzić z trasy, ale nie dałem się i ukończyłem. Jestem świetny. Dopiero jak opada ci euforia, patrzysz na to z perspektywy i myślisz to co napisałem powyżej. Analizuję co mogłem zrobić lepiej, gdzie mocniej przycisnąć, jak inaczej się przygotować. Zawsze coś można zrobić lepiej.
Czy gdy pierwszy raz pomyślałeś ?wystartuję w zawodach Ironman?, to przeszło Ci przez myśl, żeby dojść do poziomu Mistrzostw Świata?
Pewnie jak pierwszy raz startowałem w triathlonie, to nie miałem pojęcia, ze coś takiego jak Kona istnieje. Ale potem, gdy tylko naczytałem się o MŚ, to raczej o tym marzyłem, a nie stawiałem sobie tego za cel. Teraz, patrząc na to z perspektywy tych kilku miesięcy, (już po nieudanych kwalifikacjach w Walii, gdzie miałem defekt roweru – złapałem gumę, a nie miałem zapasu, wiedziałem, że awans to tylko kwestia czasu). Wiem, że poziom MŚ to wypadkowa kilku rzeczy: celu, determinacji, dużej ilości pracy i konsekwencji oraz odrobiny talentu. To od strony zawodnika. Jeśli chodzi zaś o otoczenie, to dochodzi do tego tolerancja i wsparcie rodziny oraz sprzyjająca praca. Jeśli są spełnione te czynniki, to wiele osób może taki cel osiągnąć.

Co dalej? Jakie plany?
Teraz do końca października kompletny luz. I to pełny. Nie oznacza to braku treningów, bo trzeba wyhamowywać rozsądnie. Organizm przygotowany do wysiłku musi wygaszać się stopniowo, tak więc luźne treningi (3-4 w tygodniu). Tydzień po starcie, to wielkie żarcie. Wszystko, czego sobie odmawiałem przez cały rok, pochłaniam teraz w ilościach hurtowych. Od 1 listopada zaczynam dietę oczyszczającą, a od grudnia stopniowo będę się wdrażał w trening przygotowujący do sezonu 2013. Ten z kolei chciałbym poświęcić na życiówkę w maratonie oraz (chociaż muszę to jeszcze omówić z trenerem) start w Borównie na długim dystansie (taka powtórka z rozrywki z roku 2008).
Kiedy wracasz na Hawaje?
Wracam w 45 roku życia. Wtedy będę najmłodszym rocznikiem grupy wiekowej 45-49. A potem wracam 2022. Wtedy mam zamiar walczyć o złoty medal w swojej kategorii wiekowej.
Dzięki za rozmowę.
Dzięki
Z racji tego, że jeszcze są wakacje i w mediach sezon ogórkowy, postanowiłem tytułem dopasować się do rozluźnionych obyczajów typowych raczej dla pism plotkarskich niż poważnych publikacji. Nie bez kozery jednak ta nagość i prezentowanie w jednej linii. Oba tematy łączą się w tytule książki „Naked presenter” (tytuł polskiego wydania – „Prezenter bez tajemnic”), którą napisał Garr Reynolds – ten sam co recenzowane już wcześniej „Prezentacje Zen”. Z książką męczyłem się przez kilka tygodni, ale nie tyle z powodu jej nieprzystępności, co raczej nawału innych obowiązków. Jej lektura jest warta rozważenia na samym początku przygody z prezentacjami, natomiast w praktyce jest tak, że często najpierw bierzemy się za doskonalenie umiejętności obsługi PowerPointa i doskonalenie czytelności slajdów, a dopiero później zastanawiamy, co właściwie zrobić by odnieść lepsze efekty prezentując te slajdy żywym ludziom.

A teraz czas na kilka luźnych myśli zebranych z książki. Ta forma recenzowania ma już swoją tradycję na naszym blogu, a tradycję warto przecież pielęgnować.
1. Celem prezentacji nie jest przekazanie informacji – to można osiągnąć kilkoma innymi, bardziej stosownymi metodami (np. pisząc książkę albo artykuł) – ale raczej przekonanie słuchaczy do czegoś, w co wierzymy. Jeśli tak podejdziemy do sprawy, dużo łatwiej podczas wystąpienia okazać prawdziwą pasję dla głoszonej sprawy. A tylko wtedy jest szansa na przekonanie odbiorcy. Na początku przygotowań do prezentacji trzeba więc starannie przemyśleć nasz prawdziwy cel wystąpienia. Przyznany odgórnie temat może być całkiem niewyróżniający się, np. „wyniki sprzedaży w I półroczu 2012”, tymczasem ta jedna myśl przewodnia, którą chcemy zarazić słuchaczy, może być zupełnie inna, np. „są duże powody do optymizmu, bo nowo wprowadzony produkt X sprzedaje się znacznie lepiej niż przewidywaliśmy”.
2. Tytułowa nagość to – mocno upraszczając – usunięcie barier, które mogą przeszkadzać w dialogu z odbiorcami. Mogą to być np. czytanie notatek, stanie na mównicy, brak kontaktu wzrokowego, używanie żargonu niezrozumiałego dla (części) odbiorców itp. Ta nagość ma pomóc w dobrym porozumieniu ze słuchaczami i otwarciu ich na argumentację prowadzącego spotkanie;
3. Prezentacja będzie znacznie bardziej efektywna, jeśli przekształcimy ją w rozmowę z publicznością, a nie tradycyjnie – jak występ, podczas którego jedna osoba mówi, a reszta słucha. Definicja rozmowy zakłada interakcję stron – czego zazwyczaj w prezentacjach brakuje, a co może bardzo pomóc. Przykłady interakcji: gry, dyskusje w podgrupach, głosowanie, ochotnicy na scenie, pytania do publiczności.
4. Podczas prezentacji nie ma obowiązku korzystania z pomocy technicznych (jak rzutnik i komputer)! Częściej niż jest to praktykowane warto pozostawić laptopa w torbie i przejść z publicznością przez temat w tradycyjny, analogowy sposób. Jeśli zdecydujemy się użyć elektroniki, to ważne, aby rzeczywiście wnosiła ona coś do naszego przekazu i pozostawała w tle, pierwszy plan rezerwując dla człowieka.
5. Nigdy specjalnie nie miałem czasu ani energii, by przećwiczyć prezentację. Zawsze wolałem do ostatniej chwili wyszukiwać nowe fakty, ciekawostki, czy dopracowywać slajdy. Zawsze miałem w związku z tym wyrzuty sumienia, a tu książka przychodzi mi w sukurs. Mianowicie autor twierdzi, że wszelkie próbne prezentacje mogą wpłynąć na to, że właściwe wystąpienie będzie zbyt sztuczne. Tymczasem znacznie ważniejsza dla odbiorców jest naturalność i spontaniczność. Wrażenie sztuczności (towarzyszące często perfekcyjnemu przygotowaniu) nie jest aż tak przekonywające jak naturalność i świeżość połączona z pasją.
6. W dzień prezentacji warto przybyć wcześniej na miejsce z kilku powodów.
- Przede wszystkim względy logistyczne, tj. zadbanie o to, by w miejscu prezentacji wszystko było przygotowane pod nasze potrzeby. W moim przypadku przejawiło się to tak, że podczas dużego kongresu miałem zaplanowaną prezentację wczesnym popołudniem. Przyjechałem kilka wystąpień wcześniej i przysłuchując się kolejnym występującym doszedłem do wniosku, że nie chcę – tak jak oni – być uwiązanym do mównicy. Wobec tego poprosiłem o zorganizowanie dla mnie mikrofonu bezprzewodowego, żebym mógł dowolnie poruszać się po centralnej części sali. Udało się perfekcyjnie, dzięki czemu uzyskałem o wiele lepszą siłę przekazu niż pozostali mówcy tego dnia.
- Drugi powód, by być wcześniej, to możliwość przebywania wśród ludzi, którzy niedługo będą stanowili nasze audytorium. To bezcenna szansa lepszego poznania słuchaczy, lepszego zrozumienia ich oczekiwań czy nawet podchwycenia jakichś ciekawych stwierdzeń, które mogłyby zostać użyte podczas samej prezentacji
7. It’s not about numbers, it’s about what numbers mean. Często przywiązujemy się do danych liczbowych, które w naszej opinii są arcyważne i przytaczamy je słuchaczom. Równie często zapominamy, by je na wylot prześwietlić – ale nie mówiąc skąd się wzięły czy jaka była badana próba – ale co z nich wynika. Zalecenie to brzmi bardzo prosto, ale niezwykle rzadko jest prawidłowo stosowane. Tak więc jeszcze raz, po polsku – mówienie o cyfrach nie wystarczy – ich interpretacja jest jeszcze ważniejsza.
Polecam też poniższe wideo z występu autora książki na konferencji TED.
Obejrzyj dowolny film sprzed 50, czy nawet 20 lat. Na przykład znany western, Dobry, zły i brzydki, z roku 1966. Akcja dzieje się jakby wolniej. Ujęcia są dłuższe. Jest spora szansa, na to, że film sprzed kilku dziesięcioleci nie przypomina teledysku. Dzisiaj jest jakby szybciej – zarówno sceny, jak i akcja jest bardziej wartka. Podobnie jest z telewizją – włącz TV… często jest sieczka – więc najlepiej go wyłącz.
Nie jest łatwo utrzymać uwagę przez dłuższy czas. Nie tylko na filmach, ale też w wielu innych aspektach codziennego funkcjonowania. Pracodawcom jest coraz trudniej wysłać na 2-dniowe szkolenie swoich ludzi. Trendy wskazują, że coraz częściej poszukuje się rozwiązań, które opisać można słowami: szybciej, krócej, (taniej). Popularny staje się nano-learning, dotyczacy już nie tylko form e-learningowych, ale też nawet szkoleń w klasie. Spotkajmy się na jeden dzień, albo lepiej na kilka godzin i rozwiążmy nasze problemy. Chodźmy na skróty, bo nie ma czasu. Bo trudniej wysiedzieć i się skoncentrować.
Pozostawiając nano-learning w spokoju, całym tym wstępem nawiązuję do zjawiska braku koncentracji, czy też, inaczej to ujmując – nieumiejętności koncentracji na jednym zadaniu przez dłużej niż chwilę. Siedząc przed komputerem mam świat na wyciągnięcie ręki. To wyciągnięcie ręki trwa jednak zazwyczaj krótko, bo zaraz zmieniam to, co robię, oglądam i szukam czegoś nowego. Otwarta przeglądarka z: Facebookiem, wiadomościami, prywatną pocztą, wynikami meczów na żywo – jednocześnie, nie jest niczym dziwnym. Dodaj do tego wyskakujące powiadomienia poczty, komunikator, Twittera. Kociokwik? E tam, zwykły pulpit niejednego z nas. Ciągłe zmiany dostarczają bodźców, ale też pozwalają umilić (odroczyć…) trudne / nielubiane / duże zadania.
Wydaje mi się, że większość z nas czuje (przynajmniej czasami ;)), że świat nas przerasta. A jednocześnie, każdy chce być efektywny. Koncentracja bywa tu pomocna. Jednak sami wcale jej nie pomagamy – choćby takim pulpitem, jak ten opisany powyżej. Warto spojrzeć co się dzieje gdy ciągle przełączamy się pomiędzy zadaniami. Mózg podejmuje decyzję o tym czym się zająć – i jest to proces wymagający energii i czasu; następnie koncentruje się na tym, co robisz. Każda przerwa i zmiana aktywności, tak częsta w robieniu wielu rzeczy na raz, czyli multitaskingu, powoduje przerwanie działania i powrót do pierwszej fazy podejmowania decyzji o tym, czym się zająć. Szerzej o tym procesie w artykule 8 things everybody ought to know about concentrating.
Multitasking wpływa silnie na obniżenie efektów wykonywanej pracy. Tony Schwartz mówi o wydłużaniu czasu realizacji zadań o średnio ok. 25%, wtedy gdy jednocześnie coś sprawdzasz i robisz inne rzeczy, choć, co może być zaskakujące, badania wspokazują, że na poziomie zarządu, multitasking może być skorelowany z dobrymi wynikami finansowymi firmy. W praktyce, wielu z nas żyje w stanie ciągłej gotowości do sprawdzania i przeglądania napływających informacji („emergency stan mode”), który z koncentracją ma na bakier.
Dobrą wiadomością w tym wszystkim jest to, że koncentracji możesz się nauczyć (choćby grając w Lumosity, praktykując medytację, czy w pierwszej kolejności ograniczając to, co przeszkadza i wyskakuje, wydaje dźwięki, etc.). Zła wiadomość – z wiekiem coraz wolniej przełączamy się pomiędzy różnymi zadaniami i coraz mocniej tkwimy w starych nawykach (np. robienia kilku rzeczy na raz) – trudniej jest nam się zmienić (ludzie się nie zmieniają – ale to inny wątek ;-)).
Wspomniany powyżej artykuł wskazuje na jeszcze jedną istotną rzecz. Koncentracja nie jest pochodną inteligencji, genów, pojemności pamięci. Jest bezpośrednim następstwem zainteresowania jakimś tematem. Zainteresowanie pochodzi zaś z nastawienia. Jeśli robiąc coś, jesteś do tego pozytywnie nastawiona, zaintrygowana i pasjonuje Cię to – prawie na pewno nie będziesz miała problemów z koncentracją. I przy okazji będziesz mieć szansę na odczucie stanu przepływu (flow), o którym świetnie pisze Mihaly Csikszentmihalyi (nazwisko czytaj: chick-sent-me-high ;-)) w swojej książce Przepływ.
W tym momencie powinienem napisać pewno o kilku technikach podnoszenia efektywności, typu rozpoczęcie dnia od rzeczy najważniejszej, robieniu przerw co 90 minut, czy budowaniu nawyków przez 21 (lub 30) dni. Tyle że internet jest pełen takich porad i z łatwością je znajdziesz. Na przykład na blogu Steva Pavliny, który świetnie pisał o efektywności osobistej, zanim nie poszedł w bardziej zwariowane i absurdalne tematy.
OK. Jedna, mała, niewinna rada. Z własnego doświadczenia wiem, że dobrym sposobem na koncentrację jest kombinacja trzech czynników: dużo pracy + mało czasu + odpowiedzialność za to co robisz, na Twoich barkach. Jeśli masz dużo do zrobienia, goni Cię termin i czujesz presję – jest spora szansa, że Facebook będzie przerwą w pracy, a nie na odwrót. ;-)
Zmiany mają to do siebie, że czasem dzieją się jednak niepostrzeżenie. Parę dni temu zorientowałem się, że używam aktualnie praktycznie codziennie kilku programów, których parę lat temu nie znałem / nie używałem / (bo ich nie było).
Łączy je to, że mają za zadanie ułatwić życie i? podnieść efektywność. Te dwa ostatnie słowa są tak wyświechtane, że aż boję się je napisać. No trudno. Napisałem.
Dropbox, czyli następca pen drive. Logując się za darmo dostajemy 2 GB miejsca na wirtualnym dysku. Katalog Dropbox masz w on-line (w chmurze) oraz na lokalnym dysku każdego komputera na którym zainstalujesz program. Dropbox przydaje się szczególnie wtedy, gdy działasz na kilku komputerach jednocześnie. Pozwala to uniknąć męczącego przenoszenia plików pomiędzy nimi. Albo? gdy nad plikami pracuje kilka osób. Dropbox tworzy katalog w Dokumentach (lub innym wskazanym miejscu), który możesz udostępniać innym osobom, poprzez wpisanie ich adresów e-mail. Rozwiązanie jest proste i genialne. I bardzo ułatwia życie ? nie tylko przy pracy w kilka osób, ale też jest to antidotum na awarię komputera ? najważniejsze pliki możesz mieć na wirtualnym dysku i mieć do nich dostęp z dowolnego miejsc, które ma podłączenie do internetu. Początkową wielkość 2 GB możesz powiększyć poprzez wykup dodatkowego miejsca (9,99USD miesięcznie za 50 GB), albo poprzez zaproszenie do Dropboxa znajomych. Za każdą nową osobę, która zainstaluje sobie program na swoim komputerze (np. po udostępnieniu jej jakiegoś katalogu) otrzymujesz 250 MB dodatkowego miejsca. Po kilku miesiącach używania tego programu nie wyobrażam sobie już życia bez niego ;).
Password Safe – dobry, prosty menedżer do zapamiętywania haseł. Nie wiem jak Ty, ale ja w pewnym momencie zacząłem gubić się w gąszczu kolejnych stron wymagających ode mnie loginów, haseł, czy kodów klienta. Password Safe pozawala na tworzenie grup haseł (np. sklepy internetowe, serwisy, hasła związane z pracą, etc.), na przejście do strony www i automatyczne wstukanie pary login / hasło. Do tego nieoceniona jest opcja generowania nowych haseł, długich, zawiłych, ze znakami dziwnymi i literami. Niemożliwych do zapamiętania, ale i jednocześnie trudnych do podrobienia. Jedyne wyzwanie ? to zapamiętanie hasła do otwarcia Password Safe ;-).
Reat it later. Antidotum na ?nie teraz?. Zdarzyło Ci się dostać ciekawy link lub wejść na bardzo interesujacą stronę? i nie mieć aktualnie czasu / chęci na przeczytanie całości w danej chwili? Read it later pozwala jednym prostym kliknięciem przenieść tekst z danej strony na Twoje konto, tak abyś mogła przeczytać daną zawartość w innym, dogodnym momencie. A także dogodnym miejscu ? jako że w ramach aplikacji logujesz się do konta, które funkcjonuje w sieci, niezależnie od tego skąd na nie wchodzisz. W praktyce, najczęściej klikam strony do zapisania na komputerze, a czytam na telefonie ? gdy mam wolną (teoretycznie bezproduktywną) chwilę. Read it later jest dostępny na wiele platform, nawet na Kindla. Dzięki doskonałej wtyczce do Firefoxa, dodawanie tekstów do przeczytania później zajmuje chwilę. I co ważne ? artykuły czytane na Read it later mają postać czystego tekstu, bez dodatkowych elementów stron www, co sprawia, że czyta się szybko, koncentrując na treści, bez niepotrzebnych rozpraszaczy.
Evernote, czyli notatki. Usługa pozwala na przechowywanie notatek, zdjęć i plików ? na koncie online, w chmurze. Dostęp ? podobnie jak w poprzednich opisywanych aplikacjach ? z dowolnej platformy, a także z poziomu instalowanego programu, off-line. Doskonały sposób na pisanie tekstów, zapisywanie swoich myśli, notatek, ciekawych stron, itd. Poza tym, z nieoczywistych zastosowań ? przy każdym wyjeździe zagranicznym zapisuję tu rezerwacje hoteli, samolotów, ubezpieczeń i xero paszportu. Papierowe wersje są pierwszą opcją, ale? ?w razie jakby co? ? mam wszystko w Evernote.
Wunderlist – zadania w chmurze. Przez lata próbowałem różnych aplikacji wspomagających zapisywanie zadań. Mowa o tych poza-pracowych, bo tu dla mnie bezkonkurencyjny jest MS Outlook. Dopiero Wunderlist okazał się opcją wykorzystywaną w praktyce dłużej niż przez kilka dni, czy okazjonalnie. To niezwykle prosta aplikacja, którą instalujesz na wszystkich urządzeniach (tablet, telefon, komputer), która zapisuje i synchronizuje Twoje zadnia. Jako że wyrzucenie choinki w lutym potrafi mi zająć całe tygodnie, podobnie jak wymiana niedziałających żarówek w kuchni? to Wunderlist jest świetnym naganiaczem-przypominaczem o tym co średnio-ważne, a nie-pilne. Jak dla mnie, sprawdza się znakomicie.
Sleep cycle. Na koniec coś, co spina to klamrą, którą dla każdego dnia jest? sen. Sleep cycle to program na iPhona, którego przeznaczeniem jest obudzenie Cię w odpowiedniej fazie snu. Takiej, w której nie jesteś wyrwany z otchłani głębokich marzeń sennych. Program analizuje Twoje ruchy w łóżku i budzi Cię w najlepszej chwili, w zadanym przedziale czasowym. Co najdziwniejsze? to naprawdę działa. Warto włączyć telefon na tryb-samolot, aby nie napromieniowywać sobie nadmiernie głowy ? założeniem jest, że telefon kładziesz pod poduszką lub obok niej. Poza polepszeniem snu poprzez odpowiednie przebudzenie, Sleep cycle pokazuje proste statystyki, które wspomagają np. postawienie sobie celu aby wysypiać się lepiej (spać więcej).
Co łączy wszystkie te programy, poza ostatnim? Są za darmo. Sleep cycle kosztuje 99 centów. Co jeszcze jest wspólne? W większości funkcjonują w chmurze. Są proste. Intuicyjne. Działają (oczywiście dla mnie).
Teraz jak patrzę na powyższe, to zastanawiam się czy nie stajemy się powoli hybrydami z maszynami. Przynajmniej na poziomie codziennym, operacyjnym. Do cyborgów coraz bliżej… ;-)
Jeśli znasz jakieś sprawdzone programy / aplikacje ? zapraszam do podzielenia się.
Info o nowych wpisach
O mnie

Nazywam się Michał Zaborek i od czasu do czasu piszę tu o trendach, biznesie, rozwoju ludzi, kulturze organizacyjnej, efektywności firm, zespołów i jednostek, o pracy i karierze. Zawodowo pełnię funkcję prezesa zarządu Konsorcjum doradczo-szkoleniowego SA, właściciela marek e-learning.pl oraz House of Skills, czołowej polskiej firmy e-learningowej i doradczo szkoleniowej. To o czym tu pisze, w znakomitej większości po prostu mnie interesuje. :-)
Archiwum bloga
Kategorie
- Badania (33)
- Bez kategorii (9)
- Ciekawe firmy (2)
- Ciekawe miejsca (38)
- E-learning (10)
- Edukacja (20)
- Efektywność indywidualna (48)
- HR (65)
- Humor (7)
- Inne (34)
- Innowacyjność (17)
- Kariera (15)
- Książki (33)
- Kultura (11)
- Marketing (7)
- Prezentacje (13)
- Psychologia (12)
- Sprzedaż (3)
- Travels (3)
- Trendy (76)
- Wywiady (19)
- Zarządzanie ludźmi (18)
- Zespoły i praca zespołowa (22)
Popularne posty
Tagi
360
AI
Apple
ben casnocha
ciekawe blogi
cv
e-learning
e-learning bootcamp
e-learning w Polsce
HR
HR ma znaczenie
Innowacje
kariera
konferencja
kultura narodowa
Marcin Konieczny
Marek Hyla
MBA
Michał Zaborek
naked company
narzędzia web 2.0
ocena 360
ocena pracownicza
praca zespołowa
prezentacja
Prezentacje
przywództwo
rekrutacja
rozwój ludzi
samorozwój
spotkania
studia
studia MBA
Tim Ferris
Trendy
trendy HR
trendy na rynku szkoleń
trendy szkoleniowe
trendy w HR
trendy w rozwoju ludzi
trendy w rozwoju pracowników
Web 2.0
zarządzanie
Zarządzanie ludźmi
życiorys

